Kiedyś to były żniwa...

Pamiętam, gdy byłam jeszcze dzieckiem, a kraj nasz pogrążony był w systemie, który niektórzy obywatele wiejscy określali mianem „czerwonego”, żniwa rozpoczynały się nieco wcześniej niż w czasach współczesnych. Wiązało się to ze znikomym zaawansowaniem technologicznym ówczesnych sprzętów i narzędzi służących do zbioru plonów zbóż.


Lata 80-te, które tu mam na myśli, to czas gdy na polach w drugiej połowie lipca „królowały” tzw. snopowiązałki. Odsuwając w niepamięć sierpy i inne prymitywne narzędzia, były one niejako zalążkiem postępu technicznego, jaki miał wkrótce nadejść. Snopowiązałki to maszyny napędzane przy pomocy ciągnika, wycinające zboże i związujące poszczególne porcje w snopy.
Brzmi to wszystko bardzo przyjemnie, niestety rzeczywistość była odrobinę trudniejsza. Pierwszym problemem, który należało pokonać było tzw. obkoszenie łanu zboża przy użyciu kosy, by móc swobodnie wjechać na pole ciągnikiem, nie niszcząc przy tym plonów. Nadmienić tu należy również, iż w ówczesnych czasach szacunek do zboża dającego pokarm, chleb był zasadniczo inny niż teraz.

traktor - dożynki
Gdy już udało się pozbierać skoszone źdźbła i powiązać należycie w snopy, można było przystąpić do koszenia mechanicznego. Było to wielkie udogodnienie w stosunku do maszyn używanych wcześnie, gdyż w odróżnieniu od kosiarki, snopowiązałka związywała źdźbła w snopy sznurkiem i wyrzucała w równych odstępach równiutkie piękne wiązki.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że tereny wiejskie w tamtych czasach również nawiedzały burze, niekiedy silne nawałnice czy też wichury. Wiązało się z silnym wyleganiem, przełamaniem lub wykręcaniem zbóż. I zbiór z takiego pola nie wyglądał wtedy tak różowo... Kłosy, źdźbła plątały się, nie dawały rozdzielić, o ile w ogóle zostały wykoszone przez opuszczoną jak najniżej maszynę. Przyznać tu trzeba, że w takich momentach niezbędny był odpowiedni pomocnik jeżdżący na wiązałce i w razie potrzeby interweniujący w równomierne pobieranie słomy przez kręcące się płótna. Do obowiązków tejże osoby należało również pilnowanie by sznurek „szedł” równo, nie plątał się, a każdy wyrzucany snop był wcześniej związany.
I tak krok po kroku, a raczej metr po metrze, maszyna napędzana przez ciągnik poruszała się po polu, pozostawiając za sobą mnóstwo wiązek zbożowych kłosów.
Ponieważ, jak już wspomniałam, żniwa rozpoczynano trochę wcześniej niż dzisiaj, kłosy, a właściwie ziarna nie były jeszcze w 100 %-ach gotowe do wymłócenia. Należało je najpierw zestawić w tzw. kuczki, które różnie nazywano w różnych rejonach kraju, a nazwy te zróżnicowane były także dzięki odmiennym sposobom ustawiania snopów. Zboża wysokie, takie jak żyto czy pszenżyto (które w tamtych latach było na polach zupełną nowością), ustawiano po 9 lub 10 snopów i w zależności od ich liczby nazywano dziewiątkami lub dziesiątkami. Natomiast niższe zboża (pszenicę, owies, jęczmień), zestawiano różnie, obok dziewiątków i dziesiątków, występowały także i piątki. Nierzadko zestawione snopy zbóż były na wierzchu nakrywane jednym odwróconym snopem, co miało uchronić kłosy przed zamoknięciem.
W zmaganiach żniwnych brały udział całe rodziny. Sama również, jako dziecko, wielokrotnie pomagałam rodzicom i starszemu rodzeństwu. Wszystkie snopy należało przecież znieść w równe rzędy, potem ustawić odpowiednio, by umożliwić kłosom uginającym się pod ciężarem ziarna doschnięcie. 

dożynki - kapliczka
Oczywiście nie obyło się bez tego by nie zmoknąć... Wtedy to niejednokrotnie z racji dużego oddalenia pola od jakichkolwiek zabudowań, kryliśmy się gdzie się tylko dało... A że w dobrze ustawionym dziesiątku deszcz tak bardzo nie dawał się we znaki, często jako dziecko czmychałam tam chowając się przed gęstym, chłodzącym atmosferę żniwną dżdżem.
Po kilku dniach snopy zwożone były do stodół, gdzie magazynowano je, zazwyczaj, do pory zimowej. Wówczas to, gdy prace polowe gospodarze mieli już poza sobą, zabierano się za młócenie zboża.
Wracając jednak do lata, atmosfera żniw w drugiej połowie lipca była odczuwalna wszędzie na wsi. Żyły nimi całe rodziny, wszystkie pokolenia, począwszy od seniorów, aż po najmniejsze pociechy, gwarnie biegające po polach i dzielnie asystujące przy ciężkiej pracy rodzicom.
Patrząc z perspektywy lat, tęsknym okiem spoglądam za tamtą atmosferą, „tamtymi ludźmi”... Tak, spotykani na co dzień ludzie byli zupełnie inni od współczesnych... Inna była ich mentalność, inny system wartościowania, inne podejście do pracy, codziennych obowiązków i trudów. Podziwiam ich niewątpliwie za to, że pomimo nawału różnorakich spraw zawsze potrafili znaleźć czas dla siebie nawzajem, swoich rodzin, swoich bliskich, czas na zwyczajne rozmowy, na bycie ze sobą i dla siebie.

 

Justyna Lewkowicz